Część 1. Dojazd...
Moja wyprawa do Włoch tak naprawdę zaczęła się kiedy dowiedziałem się, że jesteśmy zaproszeni na chrzciny. W tym momencie wiedziałem, że możliwość najwygodniejsza, najszybsza i chyba najtańsza (chociaż nie do końca) czyli lot samolotem odpada bo to by było za proste. Jako, że na co dzień poruszam się autem i cenię sobie „mobilność” decyzją zapadła od razu.
W Polsce marka i model mojego samochodu jest bardzo rozpoznawalna a za granicą może być różnie. I na to różnie musiałem być przygotowany.
3 tygodnie przed wyjazdem
Pojechałem na stację diagnostyczną w celu znalezienia wszystkich usterek (miałem nieszczelny układ wydechowy). Pan diagnosta po zobaczeniu pojazdu powiedział krótko „ Takich samochodów nie obsługujemy”
Na szczęści pomógł mi Zoltann z którego pomocą udało się wyszukać i zanotować wszystkie usterki.
2 tygodnie przez wyjazdem
Szukałem na szybko wszystkich potrzebnych części. Od układu wydechowego, hamulcowego, kierowniczego aż po dorabianie przewodu do wspomagania.
1 tydzień przed wyjazdem
Tutaj zrobiło się trochę nerwowo. Brak sprawnego, jeżdżącego auta, brak jakiegoś assistance oraz brak wiedzy i większego przygotowania. Tak naprawdę wszystko było robione na szybko i po godzinach pracy. Zapadłą decyzja o zamianie silnika.
5 dni przed wyjazdem (niedziela)
Głupio się chwalić ale od 10:00 walczyliśmy z dwoma autami. Idea była prosta. Zamienić dwa silniki pomiędzy dwoma autami z których jedno musiało tego samego dnia od razu wyjechać (udało się po 4-5 godzinach)
Z jednego wyjmowaliśmy silnik 1.4 65kkm (dzięki Bolim) i później wkładaliśmy tam mój 1.4 192 kkm. Serdeczne podziękowania za pomoc należą się również Brudnemu.
4 dni przed wyjazdem (poniedziałek)
Brak działań przy samochodzie znaczy dzień wolny. Szukałem części. Oczywiście nie wszystko udało się kupić przez 2 godziny pracy sklepów. Odpoczynek po niedzieli.
3 dni przed wyjazdem (wtorek)
Ostatnie zakupy. Dzięki pomocy kolegi Jimo udało się kupić klocki hamulcowe. Kończenie podłączania „nowego” silnika, przygotowanie blacharki do szybkiej reanimacji. Samochód jeszcze jeden dzień musiał spędzić u Zoltana.
2 dni przed wyjazdem (środa)
Samochód dostał nowe klocki hamulcowe, ręczny z tyłu zaczął normalnie funkcjonować dzięki nowej lince. Szpachlowanie i lakierowanie. Silnik odpalił za drugim razem. Założenie nowych kół i opon oraz pierwsza jazda. Oczywiście nie moja tylko Zoltana. Ja nie potrafiłem tym autem ruszyć z miejsca. Michał był pod wielkim wrażeniem nie tylko ręcznego ale też jazdy w koleinach.
1 dzień przed wyjazdem (czwartek)
Wykupienie assistance z programem rozszerzonym na zagranicę. Montaż gaśnicy, apteczki, kamizelki odblaskowej. Wydrukowałem sobie skróconą mapę przez Europę na kartce A4 i próbowałem zaznajomić się z przepisami krajów przez które będę przejeżdzał.
Dzień wyjazdu (piątek).
Wymiana waluty, mycie i czyszczenie samochodu, zapakowanie bagażu i części zapasowych, które raczej należało traktować jako talizman, gdyż niektóre z nich raczej nie działały poprawnie. Zakupy w tesco – jedzenie i pamiątki z Polski w postaci Tyskiego i Królewskiego. Tankowanie do pełna.
Godzina 18:00 wyjazd.
Według planu miałem dojechać do granicy z Niemcami i nocować. Udało się i dojechałem ok. 24:00.
Polskie autostrady
Godzina 10:00 (sobota)
8 godzin snu za 40zł w nienajgorszych warunkach i jajecznica na śniadanie za 10zł + 2 zł za dodatkowe pieczywo na wynos. Na ostatniej polskiej stacji benzynowej Orlenu ponownie zatankowałem do pełna jak się później okazało zrobiłem bardzo dobre posunięcie, gdyż tankowanie w Niemczech do najtańszych nie należało. Podziękowania za tą informację dla innych kierowców posiadających CB radio
Godzina 10:30 wjazd do Niemczech.
W sumie ledwo co widać granicę, droga w stronę Berlina pusta i w remoncie. Na wjazd do Polski czeka kolejka samochodów ciężarowych. 10km od granicy da się zauważyć, że samochodów na niemieckich numerach rejestracyjnych przybywa.
Cały czas podróżuje się po w miarę równych bezpłatnych autostradach od czasu do czasu zatrzymując się na przydrożnych parkingach. Na jednym z nich zatrzymałem się bo samochód cały czas trzymał temperaturę 95 stopni. Po spuszczeniu ok. 250ml G12 ruszyłem dalej
Na autostradach nie ma tak, że można jechać cały czas ponad 130km/h. Albo jest sugerowana prędkość 130km/h, albo do 130km/h a nawet i mniej. Trzeba uważać na policyjne patrole. Mijałem 3 w tym 2 złapały auta na polskich numerach rejestracyjnych.
W Niemczech używanie świateł mijania w dzień obowiązkowe jest tylko w przypadku złej widoczności spowodowanej warunkami atmosferycznymi, obowiązkowe jest używanie ich w tunelach, i zalecane poza obszarem niezabudowanym przez cały rok przez 24h. Niemieccy policjanci zwracają uwagę na apteczkę.
Mandaty za drobne wykroczenia wychodzą ok. 200zł a za cięższe typu nierespektowanie czerwonego światłą mogą wynieść nawet 1400zł i ewentualnie zatrzymanie prawa jazdy na jakiś okres czasowy a nawet do 2000zł za przekroczenie prędkości.
Słyszałem, że jak kierowca złapany na wykroczeniu nie ma funduszy to Panowie policjanci podwiozą nawet do bankomatu
Nie zmienia to faktu, że przez następne 8 godzin w sumie nic się nie dzieje na drodze.
Chciałem przejechać całe Niemcy bez tankowania ale niestety się nie udało i byłem zmuszony zjechać na stację benzynową. Trafił się Shell.
Kierowca który stał stanowisko obok i skończył tankowanie oraz mył przednią szybę wcale w ogóle nie reagował na dzień dobry a tym bardziej na jakieś migi. Po krótkiej chwili i wyjaśnieniach dowiedziałem się, że za dużego wyboru paliwowego nie mam i jestem skazany na V-Power Racing 100 za 1,809 E/litr co dawało w przeliczeniu ok. 7,20zł/litr...
Dotankowałem symbolicznie tak aby dojechać do Austrii bo tam paliwo miało być tańsze.
Przy kasie nie było trudno grunt to pokazać numer stanowiska i można płacić.
Gdy wyjeżdżałem ze stacji ten sam kierowca BMW nadal mył tą przednią szybę.
Jadąc autostradą koło Monachium widać robiący ogromne wrażenie stadion Alianz Arena. Prawie wszystkie samochody, które jechały w kierunku granicy z Austrią były na austriackich blachach. Na jednym z parkingów pewien tata miał problem z dwójką swoich małych synów, którzy nie mogli uwierzyć albo pierwszy raz widzieli coś takiego jak antena od CB pokazując cały czas palcem na nią z niedowierzaniem.
Kawałek dalej jakoś tak wyszło, że trafiło się na Polaków jadących dużymi mobilkami, którzy bardzo chętnie dzielili się swoja wiedzą. Trzeba było się przyłączyć. I tak dojechałem do granicy z Austrią.
http://imageshack.us/clip/my-videos/29/6kf.mp4/http://imageshack.us/clip/my-videos/16/vp5.mp4/http://imageshack.us/clip/my-videos/709/ujr.mp4/Na granicy kupiłem vinietę 10 dniową za 8E. Pan w kasie jak tylko zobaczył, że ktoś z zagranicy to pokazał na kamizelki odblaskowe, które według austriackich przepisów trzeba mieć przy sobie w kabinie i w razie awarii na autostradzie najpierw zakładamy kamizelkę a później wychodzimy z auta. Ilość kamizelek w aucie musi się równać ilości osób w aucie.
Z tego co pamiętam również należy mieć przy sobie zapas żarówek ale uwaga zapakowanych w fabryczną folie.
Od Polaków dostałem również namiary na tanią stację benzynową (Brixlegg), którą według GPS była 35km od granicy. Gdyby mi się nie udało to kawałek dalej była BP również na której nocowali polacy i na której toaleta kosztowała 0,5E
Niestety GPS nie był zbyt dokładny i mimo iż zaprowadził mnie do tego miasta to z ulicą a tym bardziej ze stacją było gorzej. Do okoła góry a w mieście 4 ulicę na krzyż i ograniczenia do 30km/h. Trzeba było zapytać się tubylców z którymi tak samo jak i z Niemcami w ogóle nie dało się dogadać. Jedyną osobą którą widziałem był chłopak wiek 18-22 lata, który siedział i rozmawiał przez telefon w swoim stuningowanym renault clio. Podjechałem do niego. Z początku nie chciał szyby opuścić i zrobił takie oczy jakbym z kosmosu przyleciał ale znowu po dłuższej chwili udało się dowiedzieć, że stacją jest zaraz za tunelem.
Podjechałem. W okolicy pusto. Okazało się, że są tu 4 stację wybrałem najtańszą. Cena 1,419E/litr co dawało niecałe 6zł/litr. Tragedii nie było. Popełniłem błąd bo najpierw zatankowałem a później spytałem się czy to benzyna czy diesel... Na szczęście nalałem benzyny
Dalej jazda z odpowiednią prędkością, trzeba uważać, żeby nie przekroczyć bo co kilkaset metrów są bramki, które po pierwsze sprawdzają czy dane auto ma viniete i drugie czy prędkość na danym odcinku nie była przekroczona. Z tego co słyszałem to policja potrafi bardzo sprawnie złapać szybkich kierowców – mają komisariaty zaraz obok autostrad i potrafią od razu auto zatrzymać. Mandat ok. 1200zł płatny na miejscu.
Jedyną drogą do Włoch przez tą cześć Europy była przełęcz Bremer. Płatna 8E. Widoki super, drogi dobrze zabezpieczone i oznakowane. W górnych partiach gór widoczny śnieg. W tunelach obowiązkowo należy włączyć światła. W jednym tunelu nie działały chyba odpowiednie dmuchawy bo od razu po wjeździe zaparowały wszystkie szyby w samochodzie i nie można było z tym nic zrobić do czasu wyjazdu z tunelu. Fizycznej granicy z Włochami nie zauważyłem. Cały czas tylko góry i tunele aż w końcu dojechałem do bramek na autostradzie. Według zaleceń polskich kierowców ciężarówek wziąłem bilet. Brak przy zjeździe z autostrady skutkuje podobno opłatą „jak za całe Włochy”.
Było już ciemno i na drodze nic się nie działo postanowiłem zrobić sobie przerwę i kupić coś ciepłego do jedzenia. Zjechałem do jakiegoś zajazdu w którym kupiłem jakąś podgrzewaną kanapkę ale tak nie dobrą, że drugi raz na pewno jej nie kupie i coca cole z magicznym napisem „Coffeine”. Jak się później okazało oznaczało to, że nie ma w niej kofeiny.
Wychodząc z tego zajazdu zrobiło się jakoś tłoczno koło mojego auta.
Wyglądało to tak jakby było jakieś spotkanie właścicieli aut po tuningu. Były bmw, renówki, alfy i chyba jedna lancia. (była to gdzieś godzina 23-24) a we Włoszech nielegalne wyścigi są bardzo popularne głównie w dużych miastach i po autostradach. Wsiadłem jak najszybciej i odjechałem. Ciekawe czy jedzenie w aucie we Włoszech jest wykroczeniem ?
Po drodze zatankowałem. Ciekawostka. We Włoszech najpierw daje się kasę a później miły pracownik tankuje samochód. Nie wiem co się dzieje jak ktoś da dużo kasy ale podejrzewam, że tak jak w Austrii oddają resztę.
Kierując się mapą tej częsci europy w formacie A4 i nawigacją udało mi się dojechać do bramek zjazdowych. Wsunąłem bilet pobrany przy wjeździe do Włoch i komputer wyliczył dokładnie tyle ile ja wyliczyłem dzień wcześniej – 23,8E co daje ok. 100zł za odcinek 400km (taniej niż w Polsce). Później droga przebiegała przez małe miejscowości, w których ograniczenie prędkości potrafiło być nawet do 40km/h.
Dojechałem do kolejnych bramek. GPS zgłupiał a moja mapa A4 nie uwzględniała miejscowości poniżej 300 000 mieszkańców. Zatrzymałem się przy samym krawężniku i poszedłem sprawdzić jaki to jest rodzaj bramek. Jakaś pani kasjerka widząc, że ide pieszo w stronę bramek zaczeła coś krzyczeć ale zupełnie to olałem. Sprawdziłem, że są to bramki w których bierze się bilet więc już wszystko było jasne. Zadzwoniła moja kuzynka spytać się gdzie jestem. Nie potrafiłem odpowiedzieć
Wracając w stronę samochodu i rozmawiając przez telefon zobaczyłem, że otwiera się szlaban i wjeżdża Lamborgini wymalowane w policyjne barwy... Wiedziałem, że będzie ciekawie. Kuzynka powiedziała, żebym się nie martwił i dał panom policjantom telefon to ona im wszystko wyjaśni. Dochodząc już do auta przyjechał drugi samochód jakiś vw/opel czy jakaś alfa w kombi też policyjna i zastawiła mi samochód z tyłu. Wtedy to zacząłem się zastanawiać ile euro będę musiał im zostawić...
Podchodzę do Lamborgini otwiera się szyba pasażera a ja włożyłem tam głowę i patrzę co za sprzęt mają w środku
Panowie tak się rozsiedli w tym aucie, że aż niesmacznie to wyglądało. Kierowca odgrywał dobrego glinę a pasażer złego. Ale po chwili się o tym dowiedziałem gdy zacząłem wymachiwać telefonem tzn. chciałem dąć telefon pasażerowi aby porozmawiał z moją kuzynką. Chyba mnie trochę źle zrozumiał albo ja źle akcentowałem bo po tym jak powiedziałem „telefono” on odpowiedział: „ polacco, no no”.
Odskoczyłem na pół metra do tyłu. Nie wiedziałem co zrobić. Ten zły zaczął tłumaczyć chyba o jakiś przepisach, zasadach może jakiś mandat chciał mi wlepić tak mi się wydawało aż po 2-3 minutach gadania przerwał mu ten dobry (kierowca) i w dwóch zdaniach spytał się mnie gdzie jadę (chyba). Podałem nazwę miejscowości „Bagnacavallo”. Dobry pokazał na bramki powiedział, żebym wziął bilet i jechał prosto aż do tabliczki/znaku z nazwą miejscowości. (tak to zrozumiałem).
Po tej sytuacji Panowie policjanci wrócili przez bramki dalej na autostradę.
A ja zrobiłem tak jak oni powiedzieli ale po dłuższej chwili bo musiałem dojść do siebie.
Kontynuując podróż już trochę zmęczony wypatrywałem tego zjazdu ale nazwy miejscowości nie widziałem. Dojechałem do kolejnych bramek w których się płaci. Poczekałem w kolejce za jednym samochodem i podjechałem do okienka w którym mieszkaniec Włoch cały czas śpiewał
dałem kwitek on powiedział „momento” i dalej coś śpiewał po nosem
Zapłaciłem 3,10E bo to był dosyć krótki odcinek autostrady i jechałem dalej już nie autostradą ale drogą taką samą za którą się nie płaci (prawdopodobnie włosi nie zdołali jeszcze wybudować na końcu budek).
Po skontaktowaniu się z jedyną osobą która mogła mi pomóc (moją kuzynką) dowiedziałem się, że będę musiał zjechać na 4 zjeździe w prawo i dalej mam dojechać do rotundy z pod której ktoś mnie odbierze. Zjechałem, na rondzie skręciłem na właściwą miejscowość jechałem dalej ale żadnego okrągłego budynku nie widziałem. Na szczęście zauważyłem znajomy samochód ( narzeczonego mojej kuzynki) i za nim się kierowałem. Dojechaliśmy do hotelu i po szybkiej rozmowie z Panem z recepcji już mogłem iść spać. Jeszcze tylko bagaże. Schodząc na dół tłumaczyłem temu miłemu Panu, że idę po bagaże a on poleciał ze mną, wziął te bagaże i zaniósł mi do pokoju
takie zachowanie tam nie jest normalne.
Następnego dnia dowiedziałem się, że rotunda to po włosku rondo...
CDN...