Wykombinowałem ściągacz łożyska półosi z imadła, czterech śrub i nakrętek M8 oraz podkładek do nich.

Ściągnąłem łożysko. Poprzedniemu "dłubaczowi" przy podobnej próbie chyba zeszło bez pierścienia wewnętrznego, pod którym były dość głębokie nacięcia na półosi. Naprawdę głębokie. O ile na widok tego, co było pod pierścieniem zabezpieczającym, konkretnie złapałem się za głowę, o tyle tutaj zostały mi na glacy wgnioty po palcach.
Pytanie brzmi: zapaćkać to migomatem i dać do przetoczenia, czy z dwojga złego, lepiej machnąć ręką i poskładać tak, jak jest? Flanszę i tak raczej muszę przetoczyć, bo ktoś kiedyś traktował ją młotkiem, i to przy otworze na półoś, który stracił tym samym kształt idealnego okręgu. Teraz uszczelniacz bez bólu tam nie wejdzie; zresztą ten, który właśnie wyjąłem, był wbijany na chama, aż zdeformowany i miejscowo zheblowany na wspomnianych nierównościach. O dziwo, ciekł tylko w środku, przy półosi, a nie po obwodzie...
Mechaników, którzy naprawiali tego sprzęta, zdzieliłbym po łapach jak nic! Jak można tak pieprzyć robotę...
